Benchmark – drogowskaz czy ściema?

benchmark - drogowskaz czy ściema

Benchmark, wzorzec, portfel modelowy, poziom referencyjny – istnieje wiele określeń opisujących to samo zjawisko. „Zjawisko” to zresztą chyba dobre słowo, bo wydaje się że kreatywność w tworzeniu benchmarków na polskim rynku funduszy wymknęła się spod kontroli.

Po co komu ten benchmark?

Teoretycznie sprawa wydaje się prosta – benchmark ma dobrze opisywać charakter inwestycji funduszu, służąc przy okazji łatwej ocenie wyników pracy zarządzających. Innymi słowy mówiąc, jeżeli mamy do czynienia z funduszem akcji operującym głównie na polskim rynku to jego naturalnym benchmarkiem będzie indeks WIG. Jeśli portfel funduszu składa się raczej z dużych spółek, to być może lepszym wskaźnikiem będzie indeks WIG20. Jeśli zarządzający wybiera do portfela akcje mniejszych emitentów, to pewnie lepszy okaże się jakiś mix indeksów mWIG40 czy sWIG80. Dla funduszu stabilnego wzrostu, łączącego w sobie obecność na rynkach akcji i obligacji, benchmark powinien się składać z indeksów charakteryzujących oba rynki. Ich proporcje powinny być adekwatne do możliwego zaangażowania w poszczególne kategorie. W praktyce, z uwagi na zmiany udziału tych kategorii przyjmuje się, że proporcje te powinny odpowiadać pozycji neutralnej. Czasami bierze się pod uwagę środek przedziału wynikającego z maksymalnego i minimalnego zaangażowania w daną kategorię.

W tym układzie sprawa wydawała się prosta. Widzę benchmark złożony w 50% z indeksu WIG i 50% z indeksu obligacji – rozumiem, że mam do czynienia z funduszem zrównoważonym albo aktywnej alokacji, dzięki któremu moje oszczędności trafią na krajowy rynek akcji i obligacji. Jeśli benchmark to 100% MCIS Russia to rozumiem, że mam do czynienia z funduszem inwestującym na rynku rosyjskim.

Benchmark w służbie zarządzającego

Strukturą benchmarku jest żywotnie zainteresowany sam zarządzający. Nie tylko dlatego, że określa on jego możliwości inwestycyjne, ale też stanowi podstawę do oceny osiąganych przez niego wyników. Bywa, że owe wyniki uzyskiwane w relacji do benchmarku wpływają na wysokość ruchomej części wynagrodzenia zarządzającego.

Ponieważ portfel funduszu rzadko bywa zainwestowany w 100%, zarządzający wolą, by do pomiaru efektów ich pracy brać pod uwagę również ten fakt. Właśnie z tego powodu struktura benchmarku zaczęła być „wzbogacana” o element opisujący płynną część portfela.

Dlatego benchmarkiem funduszu akcji rzadko bywa 100% WIG, a częściej np. 90% WIG + 10% WIBID (WIBID mierzy koszt pieniądza na rynku międzybankowym). Jeżeli udział tego składnika jest adekwatny do rzeczywistości, można go pewnie zaakceptować.

Zarządzający stara się oczywiście ten swój benchmark pobić. I tu pojawia się kolejne pole do popisu, czyli inwestycje spoza benchmarku. Oczywiście dozwolone przez zapisy statutowe, regulujące politykę inwestycyjną. Efekt? Na przykład w portfelu funduszu Investor Akcji, pozycjonowanego przez to TFI jako  fundusz akcji polskich (benchmark 90% WIG + 10% WIBID 6M) akcje spółek wycenianych w złotówkach stanowią… 34%. Ten fundusz ma nawet dobre wyniki (10,4% po 10 miesiącach tego roku), ale jednak powinien być chyba w innej lidze. Bo to trochę jakby chcieć porównywać skoki na średniej skoczni i na mamucie.

Benchmark w służbie TFI

Niektóre instytucje poszły  krok dalej. Ponieważ na ostateczny wynik funduszu, rozumiany jako zmiana wartości jednostki w czasie ma wpływ opłata za zarządzanie, dołożono do struktury benchmarku jeszcze jeden element, często reprezentowany przez sformułowanie: „pomniejszony o koszty wynagrodzenia stałego za zarządzanie Funduszem”. Inaczej mówiąc, jeśli koszt wynagrodzenia stałego funduszu to 3% w skali roku, a indeks WIG zyskuje 10%, to za dobry rezultat zarządzającego mamy uznać … 7%. To robienie klientów w tzw. bambuko, bo po to „zatrudniają” zarządzającego, aby ten potencjalnie zarobił im tyle, o ile zmienił się rynek. Inaczej mówiąc, z perspektywy klienta, zarządzający powinien sam na siebie zarobić. Oczywiście to nie zarządzający ustala wysokość kosztów, więc trudno go za to winić. Zwłaszcza, że mamy na rynku przypadki ekstremalne. Np. gdy fundusz gotówkowy Credit Agricole Lokacyjny ma koszty na poziomie 1,95% w skali roku. Choćby zarządzający dwoił się i troił, to przy obecnych stopach procentowych wiele nie wskóra. Roczny wynik tego funduszu za ostatnie 12 miesięcy to 0,19%. I co dziwne, nadal jest w nim zgromadzone 125 mln zł.

Te wszystkie zabiegi mają jeszcze jeden wymiar – TFI czasami pobierają opłatę zmienną, której wysokość jest uzależniona od tego, na ile wynik funduszu jest lepszy od wyniku benchmarku. Zatem jeżeli ten benchmark nie będzie adekwatny do możliwości inwestycyjnych zarządzającego, będzie zawierał spory składnik płynnościowy (WIBID/WIBOR) i będzie obniżony o koszty stałe zarządzania, to w dobrych czasach złotówki niemałym strumieniem zasilą konta TFI. Pół biedy, jeśli przy tym inwestor zarobi nie mniej, niż u konkurencji, ale nie zawsze jest to takie oczywiste.