Odsunięta w czasie implementacja dyrektywy MiFID II odsuwa istotne strukturalne zmiany na rynku produktów finansowych. To jednocześnie czas, który można (trzeba?) wykorzystać do tego, aby próbować przełamać pewne schematy i stereotypy. A są one głęboko zakorzenione w naszej codzienności, również tej związanej z finansami.

Upadły laptop

Mój przyjaciel ma ten przywilej, że może pracować z każdego miejsca na ziemi. Nie korzysta jednak z mnogości dostępnych opcji i najczęściej pracuje z domu. Nie ma przy tym jakiegoś szczególnego miejsca tej pracy, a jego stanowisko tworzą laptop i myszka. Odrywany przez różne zewnętrze impulsy, nie odkłada laptopa w jakieś szczególne miejsce, lecz zostawia go tam, gdzie aktualnie siedział. Jak pewnie często bywa w takich sytuacjach, chwila nieuwagi skutkuje tym, że laptop bywa obiektem testu istnienia siły przyciągania ziemskiego. Przy którymś przypadkowym eksperymencie sprzęt odmówił współpracy. Mój kolega postanowił skorzystać z pomocy fachowca. Niestety punkt opieki nad laptopami zlokalizowany niedaleko jego miejsca zamieszkania był akurat przez kilka dni nieczynny. Przyjaciel skorzystał więc z pomocy fachowca mobilnego, który w ciągu godziny od zgłoszenia pojawił się w jego domu. Fachowiec po nieudanej próbie uruchomienia sprzętu wprawnymi ruchami odwrócił go i po odkręceniu 4 śrubek wydał kategoryczną i przygnębiającą diagnozę – mechaniczne uszkodzenie twardego dysku, bez szans na prostą naprawę. Następnie przykręcił pokrywę, skasował 50 zł i wyszedł, pozostawiając mojego przyjaciela w czymś, co fachowcy pewnie nazwą dysonansem pozakupowym.

Naprawiacz laptopów vs doradca

Jakiś czas później, gdy rozmawialiśmy o przyszłości doradztwa w Polsce, pojawił się wątek płacenia za doradztwo. Mój przyjaciel stwierdził, że zasadniczo nie byłby zainteresowany taka usługą ,ale mógłby być, gdyby:

  • doradca był wiarygodny, czyli mógłby się wykazać sukcesami na polu oferowanej usługi
  • wynagrodzenie doradcy było skonstruowane w oparciu o success fee – zabierałby jedynie część wypracowanego przez portfel zysku

Druga rzecz dość prosta, o ile zostałby stworzony system weryfikujący uzyskiwane rezultaty. Pierwsza w sumie też, bo może się opierać na znanych i mocno pożądanych poleceniach.

Wtedy przypomniał mi się ten przypadek z laptopem. Przecież fachowiec, który przyjechał do naprawy laptopa nie miał jakichś szczególnych referencji (nie był z polecenia). Teoretycznie rzecz biorąc – mogłaby być to jego pierwsza akcja. Bez weryfikacji „na drugą rękę” trudno sprawdzić, czy wydana przez niego diagnoza jest słuszna. Kolejna rzecz to cena – trudno powiedzieć ,czy zapłacone przez mojego przyjaciela 50 zł to rynkowa cena. Może powinno być 100 zł? No i na koniec – zapłacił mimo tego, że nie osiągnął pożądanego skutku. Gdyby zaproponował model wynagrodzenia oparty na success fee, nikt by do niego nie przyjechał.

Okazuje się, że ten ostatni element występuje w naszym życiu często. Płacimy za wizytę lekarza, który nie zawsze nas od razu wyleczy, płacimy hydraulikowi ,po którego wyjściu w brodziku nadal może zbierać się woda, czy też płacimy za preparat przeciw mrówkom, po użyciu którego trasy marszu tych stworzeń nawet nie ulegają modyfikacji. Dlaczego tak często a priori nie chcemy zapłacić za to, że ktoś się zajmie naszymi pieniędzmi? Może byłby łatwiej, gdybyśmy potraktowali doradcę jak lekarza finansów osobistych?